Pierwsze "artystyczne" próby

Foto: Mama przy kawie

Jakieś trzy miesiące temu mój mąż na prezent urodziny sprawił mi maszynę do szycia. Zawsze chciałam spróbować swoich sił w szyciu. Moja mamuśka miała kiedyś maszynę Łucznika i podobno sporo na niej działa. Ale to było dawno dawno temu. Przeszukaliśmy całą piwnicę u mojej mamy (bo tam wylądowała lata temu) znaleźliśmy wiele „skarbów” ale maszyna przepadła ku mej szczerej rozpaczy. Fakt, że nie planowałam wielkiej kariery krawieckiej ale czasami potrzeba coś podszyć, skrócić czy przyszyć i coś mnie trafia jak pomyślę, że za krawcowa za 20 minut pracy zainkasuje 20zł. W ręku nie potrafię szyć (pomimo wielu wielu prób nie potrafię równo zszyć nawet kawałka materiału). Po za tym maszyna daje sporo możliwości twórczej pracy (a to uszyć pelerynę na rycerza czy króla albo kapelusz dla czarodzieja itd.) Tak że koniec końców zachorowałam na maszynę do szycia. I mąż mój stwierdził, że to świetny pomysł (wie że siedząc całymi dniami w domu potrzebuję mieć odskocznię – z resztą wspiera mnie i wierzy w moje możliwości o czym pewnie jeszcze nie raz wspomnę) i tak pojawiła się u nas w domu maszyna Łucznika o wdzięcznym  imieniu Katarzyna.
Muszę jeszcze napomknąć, że z maszyną miałam do czynienia na zajęciach ZPT w szkole podstawowej (daaaawno temu). Ale postanowiłam się nie zrażać od razu. Przeczytałam instrukcję obsługi i zaczęłam po troszku sprawdzać jak to ustrojstwo działa. Przeszukałam internet żeby znaleźć coś do zrobienia na próbę i znalazłam. Jak zwykle rzuciłam się na gorącą wodę jak to cała Ja.
Ostatnio na dobranockowym czytaniu króluję „Pan Kuleczka”. Historia o Panu Kuleczce, Kaczce Katastrofie, Psie Pypciu i Muszce Bzyk-Bzyk (polecam gorąco, świetna, przyjemna i pouczająca lektura nawet dla małych dzieci a starsze na pewno odnajdą ukryte w opowiadaniach przesłania). Wybór więc padł na jedną z postaci, na Psa Pypcia.

Wzór z jakieś strony bez odnośnika do autora czy oryginału, mam nadzieję, że autor nie obrazi się, że bez jego/jej wiedzy zamieszczam na moim blogu.

Wzór znaleziony w sieci

To był mój debiut prawdziwy, nie wiedziałam jeszcze co i jak i w jakiej kolejności robić. Wyszło parę nie dociągnięć ale efekt końcowy zadowalający.  A zabawa dla mnie przednia. Zwłaszcza, że w momencie gdy wypychałam mu środek wkładem z poduszki na dworze szalała straszna burza,a na zegarze zbliżała się północ. Od razu przypomniała mi się scena ze starego filmu o Frankensteinie i tekst ” It’s a life! A life!” 😀

A oto i „mój” Pypeć w całej okazałości (tło koszmarne ale tego dnia była kiepska pogoda i jedynie u Młodego w pokoju na zdjęciach było coś widać).

Foto: Mama przy kawie
Foto: Mama przy kawie
Foto: Mama przy kawie
Foto: Mama przy kawie

Najważniejsze, że Młody jak zobaczył moje „dzieło” wykrzyknął „O! Pypeć!”

Zwiedzanie "dobra" Narodowego

Foto. Mama przy kawie
Dobro Narodowe

Od jakiegoś czasu w ostatnią niedzielę września organizowany jest Maraton Warszawski. Co prawda nasza rodzinna biegaczka w nim nie uczestniczyła ale nadarzyła się okazja pozwiedzać nasz nowy obiekt sportowy, ponieważ maraton zaczynał się i kończył na płycie Stadionu Narodowego. Stadion stoi od jakiegoś czasu ale jakoś ciągle nie było okazji go pozwiedzać, przejeżdżaliśmy tylko koło niego wielokrotnie i za każdym razem mój Mały tylko krzyczał „Mama zobacz łódka, łódka!”. Pomimo, że za każdym razem tłumaczyliśmy mu co to jest, jak się nazywa i jakie jest jego przeznaczenie nic nie skutkowało. Zakodował sobie łódkę i już. Więc był kolejny powód żeby się wybrać na zwiedzanie. Dotarliśmy na miejsce (ku ogromnej uciesze Młodego) SKM.
Pierwsza rzecz która mnie zirytowała na samym wstępie: jak Ja mam do jasnej … zjechać wózkiem po takiego ogromnej ilości schodów żeby się wydostać ze stacji na błonia?! WRRRRRRRRRR! Aż się zapieniłam! Ja rozumiem że na Dworcu Zachodnim, na Śródmieściu i Ochocie i innych stacjach SKM brak jest windy, podjazdu czy czegokolwiek ułatwiającego dostanie się na górę bo to są „STARE” obiekty (zawsze to dobra wymówka). Ale stacja SKM Stadion Narodowy jest NOWYM obiektem,współczesnym ba nowoczesnym. Taaaaaa!
Dobrze, że byliśmy całą familią to daliśmy radę ale sama umarł w butach. OK przełknęłam to, skomentowałam i poszliśmy dalej.
Wdrapaliśmy się dzielnie pod górkę, dzielnie bo Młody tuptał twardo przy nas, dotarliśmy do jednej z wielu bram. I tutaj (mam nadzieję, że nikt ze Stróżów Prawa nie czyta tego) nastąpiło uroczyste obsiusianie bramy. Rzecz jasna bramę obsiusiał Młody nie my. Dumny był z siebie niesłychanie, zwłaszcza, że zrobił dużą fontannę na stojaka. Po podciągnięciu galotek z dumą popędził do Babci się pochwalić „Babcia obsiusiałem mój Stadion dla Narodów” 😀
Gdy dotarliśmy do KOLEJNYCH SCHODÓW ręce mi opadły totalnie. Nowoczesny obiekt i wszędzie schody i schody i schody. ECH.

Na stadionie ludzi multum i koszmarnie głośno. Mój Młody w płacz i do Taty na ręce. No i tyle by było ze wspólnego zwiedzania. Wciąż tylko płakał „Tatusiu czemu ten pan tak głośno krzyczy”. Nie było innego wyjścia jak szybko się ewakuować, nie chcieliśmy żeby nam się dziecię zapłakało. Jak zeszliśmy już na błonie to już było dobrze. Młody pobiegał trochę między drzewami w poszukiwaniu wiewiórek i jeży ale niestety nic nie „upolował”. 
Moje wrażenia z wycieczki? Stadion jak stadion. Ogromny obiekt, przestronny z ogromną ilością schodów 😀 głośno było rzeczywiście bardzo. Pan prowadzący bbbbardzo się emocjonował i nie tyle krzyczał co wydzierał się prawie do mikrofonu, a że nagłośnienie mają nie najgorsze to odnosiło się wrażenie, że krzyczy przez wielką tubę wprost do Twojego ucha. Jeśli chodzi o atrakcję dla małych dzieci tj. około 3 letnich to poza balonami (których coś ostatnio mój Młody znów zaczął się bać, nie wiem dlaczego) nie było absolutnie nic. 
A Młody jeszcze przez dwa dni chodził i powtarzał „nie lubię stadionu narodów bo tam pan strasznie bardzo głośno krzyczał”
Foto. Mama przy kawie
Bieg pochwalny

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie
Murawa stadionu

Foto. Mama przy kawie
Moje chłopaki

Foto. Mama przy kawie
Dach

Foto. Mama przy kawie
Moje chłopaki „na samolota”

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie
przytulas do Taty

Foto. Mama przy kawie

Foto. Mama przy kawie
od lewej: mój Młody, mój Mąż, moja Siostra, moja Mama 

Foto. Siostra Mamy przy kawie
od lewej: Ja, mój Młody, mój Mąż, moja Mama

Trudno się przekonać do pisania

Stożyłam bloga żeby na nim zapisywać swoje myśli, pomysły i zamieszczać to co zrobiłam i co chciałabym zrobić ale jakoś wciąż mi brak śmiałości. Zastanawiam się dlaczego tak jest? Przecież nikt tu nie zagląda, nie czyta i nie komentuje moich wpisów, bo po prostu jest ich tyle co kot napłakał. Więc co tu komentować i czego się tu bać. Jak się ktoś już tu zaplącze to nawet jak coś skomentuje to co z tego? Po to się przecież prowadzi bloga.

Ciekawego życia nie ma. Nie podróżuje, nie zwiedzam, nie piekę ciast ani tortów (nie posiadam jeszcze piekarnika niestety). Trochę robię na szydełku. W sumie to małą wprawę już mam bo jak byłam w ciąży to dla relaksu i „zabicia” czasu robiłam szaliki i kominy dla całej rodziny. Także czy chcieli czy nie to zostali obdarowani „wyprawką zimową”.
Gdy Młody miał jakieś półtora roku przeprowadziliśmy się do innego miasta. Z Warszawy w której żyłam jakieś 20 lat przenieśliśmy się do Józefowa pow. Otwocki. Nie daleko ale tu jest zupełnie inny świat. Spokojniej, ciszej, wolniej przypomina mi moje rodzinne miasto Sandomierz. Ma swój klimat, w przenośni i dosłownie, tu jest zupełnie inne powietrze bardziej wilgotne i czystsze. Nie tęsknię za zgiełkiem i hałasem Warszawy, ciągłym pośpiechem i dzikim pędem. Podoba mi się to wolniejsze tępo.

Rzeczy albo raczej miejsca którego mi brakuje w Józefowie to jakiś klub dla rodziców z dziećmi czy klubik dla dzieci. Kiedy nie ma pogody nie ma co zrobić z Młodym którego energia rozpiera. Poza tym powinien nawiązywać kontakty społeczne z innymi dziećmi, no i mama wcale a to wcale by nie pogardziła nowymi znajomościami 🙂

Brakuje mi znajomych z którymi łatwiej było się spotkać w Warszawie. Choć te spotkania były niestety bardzo sporadyczne. Każdy ma swoje życie zawodowe i prywatne i niestety panuje nadal przekonanie, że młoda matka nie ma nigdy na nic czasu poza opieką nad swoim dzieckiem oraz jedynym tematem dla niej jest jej dziecko.
Ok, nie powiem, że nie ma w tym prawdy ale jak zawsze nie do końca.
To prawda, że moim życiem jest Młody i wszystko co Jego dotyczy bo On absorbuje mój cały dzień i całą uwagę. Ale kocham książki, kryminały i sensacje, lubię dobre wino i smaczną kuchnie, kocham muzykę która mi towarzyszy non stop, próbuję swych sił w szyciu i szydełkowaniu, mam ochotę kiedyś spróbować swoich sił w decoparzu (czy jak to się tam pisze).
Dla innych całym życiem jest praca, kariera, ukochany, planowanie ślubu czy budowa nowego domu. To normalne, że absorbują nas tematy które nas bezpośrednio dotyczą i są dla nas ważne. Cała sztuka polega na tym żeby umieć poruszać się w różnych tematach i mieć po prostu ochotę wysłuchać drugiej osoby.

Łał ale się dziś rozszalałam. No prawdziwy słowo potok 🙂